Aktualności - czerwiec 2010
W Polityce o nowych tłumaczeniach
- 2010.06.16
22 maja 2010 w Polityce opublikowany został tekst Justyny Sobolweskiej "Lampart zamieniony w geparda".
Poniżej udostępniamy jego fragment:
Czy tłumacz powinien być wierny oryginałowi, czy dbać o dobre brzmienie? Okazuje się, o czym pisał niedawno „Magazine littéraire”, że w literaturze francuskiej w XIX w. akceptowano wiele: drastyczne cięcia, skróty, zdarzało się, że autor przekładu czasem dorzucał fragmenty przez siebie wymyślone lub usuwał całe rozdziały. Z kolei wyznawcy szkoły pokory uważali, że prawdziwy tłumacz powinien być na usługach autora.
Tym, co łączy większość polskich nowych przekładów, jest wierność oryginałowi. Daleko idące ingerencje nie są w modzie. Nowy przekład polega często na poprawianiu błędów, jakie popełnili dawni tłumacze. Zrąb nowoczesnych przekładów literatury światowej powstał u nas w czasach Młodej Polski. To była pierwsza epoka literacka, w której tłumacze mieli ambicje przeszczepiania do literatury polskiej nie poszczególnych autorów czy poszczególnych dzieł, tylko całej tradycji literackiej. Tacy tłumacze, jak Tadeusz Boy-Żeleński, Edward Porębowicz, Leopold Staff, Jan Kasprowicz czy Antoni Lange, wierzyli w projekt cywilizacyjny. Wiele z tych młodopolskich przekładów dzisiaj trąci myszką.
– „Trzy baśnie” tłumaczyli w latach 50. i 60. Wacław Rogowicz i Julian Rogoziński, a „Kuszenie świętego Antoniego” sto lat temu Antoni Lange. Ujmę to tak: każdy, kto czytał te książki w tamtych tłumaczeniach, powinien uznać, że ich nie zna. Ginie w nich całkowicie styl Flauberta, tłumacze pozwalają sobie na dziwne poetyzmy i archaizmy, zmieniają układ akapitów, tną zdania po swojemu, dopisują, wycinają, przekręcają itd. Dotyczy to również „Salambo” oraz „Bouvarda i Pecucheta”, obie rzeczy przekładał Wacław Rogowicz – mówi Renata Lis.
Poniżej udostępniamy jego fragment:
Czy tłumacz powinien być wierny oryginałowi, czy dbać o dobre brzmienie? Okazuje się, o czym pisał niedawno „Magazine littéraire”, że w literaturze francuskiej w XIX w. akceptowano wiele: drastyczne cięcia, skróty, zdarzało się, że autor przekładu czasem dorzucał fragmenty przez siebie wymyślone lub usuwał całe rozdziały. Z kolei wyznawcy szkoły pokory uważali, że prawdziwy tłumacz powinien być na usługach autora.
Tym, co łączy większość polskich nowych przekładów, jest wierność oryginałowi. Daleko idące ingerencje nie są w modzie. Nowy przekład polega często na poprawianiu błędów, jakie popełnili dawni tłumacze. Zrąb nowoczesnych przekładów literatury światowej powstał u nas w czasach Młodej Polski. To była pierwsza epoka literacka, w której tłumacze mieli ambicje przeszczepiania do literatury polskiej nie poszczególnych autorów czy poszczególnych dzieł, tylko całej tradycji literackiej. Tacy tłumacze, jak Tadeusz Boy-Żeleński, Edward Porębowicz, Leopold Staff, Jan Kasprowicz czy Antoni Lange, wierzyli w projekt cywilizacyjny. Wiele z tych młodopolskich przekładów dzisiaj trąci myszką.
– „Trzy baśnie” tłumaczyli w latach 50. i 60. Wacław Rogowicz i Julian Rogoziński, a „Kuszenie świętego Antoniego” sto lat temu Antoni Lange. Ujmę to tak: każdy, kto czytał te książki w tamtych tłumaczeniach, powinien uznać, że ich nie zna. Ginie w nich całkowicie styl Flauberta, tłumacze pozwalają sobie na dziwne poetyzmy i archaizmy, zmieniają układ akapitów, tną zdania po swojemu, dopisują, wycinają, przekręcają itd. Dotyczy to również „Salambo” oraz „Bouvarda i Pecucheta”, obie rzeczy przekładał Wacław Rogowicz – mówi Renata Lis.
Cały tekst dostępny pod adresem: archiwum.polityka.pl/art/lampart-zamieniony-wgeparda,428037.html