Koszyk

ilość produktów: 0
suma: 0.00 zł
zobacz koszyk


Aktualności - starsze


Renata Lis wyróżniona w konkursie o Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza.

  • 2012.11.12

Renata Lis, autorka "Ręki Flauberta" otrzymała w niedzielę, 11 listopada, wyróżnienie w konkursie o Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza. Serdecznie gratulujemy!

Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza przyznano w tym roku pośmiertnie Tomaszowi Mercie, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Nagrodzono go za tom pism zebranych "Nieodzowność konserwatyzmu". Nagroda tradycyjnie wręczana jest 11 listopada. 
 
Jury przyznało też dwa wyróżnienia. Pierwsze z nich przypadło Renacie Lis, autorce książki "Ręka Flauberta", biografii autora "Pani Bovary" (wydawnictwo Sic!), drugie - Tadeuszowi Płużańskiemu za książkę "Bestie" (3S Media), w której opisuje procesy sądowe ofiar stalinowskiego terroru w Polsce lat 40. i 50. 

Więcej o nagrodzie: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Nagroda-Literacka-im-Mackiewicza-posmiertnie-dla-Tomasza-Merty,wid,15082511,wiadomosc.html?ticaid=1f833&_ticrsn=3

Poniżej udostępniamy parę słów, które wygłosiła po otrzymaniu wyróżnienia.

Szanowna Kapituło, Szanowni Państwo!

 

Kiedy pisałam Rękę Flauberta, nie mogłam przypuszczać, że kiedyś zdobędzie ona zaszczytne wyróżnienie w konkursie o Nagrodę Literacką imienia Józefa Mackiewicza.

Bo też Gustave’a Flauberta i Józefa Mackiewicza zdaje się dzielić wszystko: epoka, język, krąg kulturowy, rodzaj osobowości pisarskiej.

A jednak – kiedy głębiej wniknąć w artystyczne credo obu tytanów literatury – okaże się, że między Mackiewiczowską deklaracją „Jedynie prawda jest ciekawa” a Flaubertowskim kultem sztuki bynajmniej nie otwiera się przepaść.

Więcej – prawda i piękno oraz Mackiewicz i Flaubert okazują się dwiema stronami tej samej rzeczywistości. Bo przecież także Flaubertowi chodziło o prawdę, walczył o nią z nie mniejszym zaangażowaniem i poświęceniem niż Mackiewicz, to dla niej, dla prawdy, uprawiał swoje słynne męczeństwo, i kiedy mówił czasem, że prawdę warto poświęcić dla sztuki, to miał na uwadze tym większą prawdziwość literackiego przedstawienia, którą – wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny – osiąga się jedynie za pomocą literackich środków, a więc: selekcji, kompozycji, stylu.

Zwłaszcza styl – Flaubertowska specialité de la maison – ma tu wielkie znaczenie.

„Styl to człowiek”, powiedział hrabia de Buffon, i Flaubert chętnie to powtarzał. Lecz to nie wszystko.

Styl, czyli język literacki ze swym bogactwem, precyzją i muzyką, ale też niepowtarzalnym punktem widzenia – buduje i spaja strukturę świata, a kiedy literatura traci styl, kiedy jej język rozpada się, psuje, obumiera, wówczas zapowiada to rozpad czegoś znacznie większego niż sam język: rozpad świata, który wyrażał, i wspólnoty, której służył. Tę współzależność obserwował rosyjski pisarz Iwan Bunin w czasach zarazy – w Odessie w roku 1919.

Styl także tworzy prawdę – tworzy ją na potrzeby komunikacji międzyludzkiej, nadaje jej właściwy ciężar, odpowiednią barwę i kształt, daje jej ciało, i to dzięki niemu prawda trafia do ludzkich serc i umysłów, i tam pozostaje. A pozostając tam – pozostając w ludzkich sercach i umysłach – otwiera je na nieoczekiwane perspektywy, poszerza o inne punkty widzenia, o cudze doświadczenia, o całą swoją różnorodność i złożoność, tym samym wydobywając czytelników z oswojonej przestrzeni ich życiowych czy plemiennych interesów na szeroki świat wewnętrznej wolności, która jedyna pozwala właściwie działać – tym, którzy działać pragną.

 

Dziękuję Kapitule Nagrody Literackiej imienia Józefa Mackiewicza za jej werdykt.

 

Renata Lis

 

Foto: Elżbieta Czerwińska

 

Laudacja „Ręki Flauberta” Renaty Lis

 

 

Ręka Flauberta to książka niezwykle ciekawa, nieszablonowa, przenikliwa, świetnie pomyślana i napisana i samo to, a więc jej walory literackie, tłumaczy, jak sądzę, dlaczego Jury Nagrody L i t e r a c k i e j im. Józefa Mackiewicza postanowiło wyróżnić  akurat to dzieło. Ale są oczywiście i inne powody naszego wyboru.

Bohaterem Renaty Lis jest przecież pisarz niezwykły, wybitny, ale także niepokorny. Nic dziwnego że Flaubert bywał więc chętnie przywoływany  przez polskich pisarzy nie tylko jako geniusz literacki, autor arcydzieł, ale też jako wzór niezależności w dążeniu do prawdy i jako przeciwnik schematów i doktryn. Myślę tu i o pierwszym świetnym studium o autorze Pani Bovary Antoniego Sygietyńskiego, ale też na przykład o Stanisławie Brzozowskim i jego pierwszych powieściach, w których wracają zjadliwe portrety niejakiego Feigenblatta, wielbiciela pana Homais. Albo o Andrzeju Bobkowskim, który z lubością cytował dosadne i zdumiewająco dlań aktualne  fragmenty korespondencji Flauberta. Chociażby w Nekyi, gdzie kazał Flaubertowi „syczeć z pasją” przeciwko „głupocie epoki” i wyznawać, iż odczuwa do niej „strumienie nienawiści”. Bobkowski zauważał też: „[…] gdyby Flaubert żył dzisiaj, to musiałby Mr. Homais zrobić także marksistą, a z tym nie wiem, czyby już sobie poradził”, i odwoływał się do „sławnego le rire du garçon Flauberta” w szkicu o „krzyku chuligana”.

Nic też dziwnego, że po roku 1989 jedną z wydanych przez „brulion” książek był Słownik komunałówFlauberta…

Renata Lis świetnie kontynuuje długą listę polskiego pisania o Flaubercie, czyniąc to na swój własny, bardzo osobisty i subtelny sposób. Jej książkę trudno zresztą określić za pomocą jakiejś jednoznacznej formuły, gdyż nieustannie oscyluje ona między esejem, biografią, reportażem, monografią krytyczną, gawędą, a nawet wyznaniem, nie będąc przy tym żadnym z nich albo też będąc wszystkim tym naraz.

Renata Lis opowiada nam przede wszystkim o życiu i twórczości autora Edukacji sentymentalnej, ale jest równie daleka od uczonej solenności i ciężkości, jak od niefrasobliwego plotkarstwa. Jej opowieść jest cudownie swobodna, lekka, a zarazem poważna i mądra. Jest pozornie kapryśna, ale przecież z jej mozaikowej, muzycznej, nieco Rymkiewiczowskiej formy wyłania się nie tylko tytułowa, „na wpół umarła, pożółkła i pomarszczona jak egipska mumia” ręka Flauberta, ale wraz z tą ręką sam pisarz i tworzone przez tą okaleczoną dłoń dzieło. Dzieło pisane sławnym „bezosobistym” stylem, a przecież – jak pokazuje świetnie Renata Lis – wyrosłe z osobistych tragedii, z doświadczeń zabliźnionych w jego pamięci i na jego ciele. Odkrywamy więc wraz z autorką Ręki Flauberta żałobną, czarną „podszewkę” pisarstwa wielkiego Francuza. Przekonujemy się, że literatura może się stać – i często się staje – prawdziwym ocaleniem od śmierci, że jest może najdoskonalszym sposobem przeżywania żałoby. Pisze przecież Renata Lis, że

 

W sposób całkowicie naturalny Flaubert żył tak, jakby między żywymi i umarłymi nie było wyraźnej różnicy, a żywych wolał brać od strony ich nieobecności, jakby oni również nie żyli. Prawdziwa i ważna była dla niego tylko taka więź, która istniała poprzez rozmaite zapośredniczenia – takie jak korespondencja, pamiątki, fetysze, a nawet rzeczy tak ulotne, jak odcisk stopy Elisy Schlesinger, jego pierwszej miłości, w mokrym piasku na plaży Trouville, wymywany przez fale. […] Ta jego właściwość – obecność przeżywana poprzez nieobecność, która wyraża się w znakach symbolicznych – ma też coś wspólnego z pisarstwem, jestem tego pewna, ale nie wiem, co by też to mogło być, bo są to sprawy ciemne […].

 

Z książki Renaty Lis wyłania się inny Flaubert, Flaubert ciemny, ale i – mówiąc językiem Boya – żywy. Choć sama autorka wyzna w pewnym momencie, że próbuje zdjąć maskę pośmiertną Flauberta „ze śladem rzęs i całunów”, że chce swym dziełem odlać formę, „która przechowuje kształt umarłego ciała”.

Tak czy owak ten Flaubert żywy i umarły, żywy lub umarły, jest zaskakujący, wymyka się ze schematów, a jego twarz (ręka) przykuwa nieustannie nasza uwagę.

Oto Flaubert antyklerykał i wróg Kościoła rozmyślający ze wzruszeniem o Chrystusie. Albo człowiek obojętny na sprawy francuskie, który w roku 1871 chce

zostać sanitariuszem, potem wdziewa mundur porucznika Gwardii Narodowej i który czuje jak krew przodków gotuje się w jego żyłach. Ten Flaubert napisze o Niemcach:

 

Czego nie mogę zapomnieć, to inwazji doktorów nauk humanistycznych, tłukących lustra strzałem z pistoletu i kradnących zegary; czegoś takiego historia jeszcze nie widziała! Chowam do nich urazę tak głęboką, że  n i g d y  nie zobaczysz mnie w towarzystwie żadnego Niemca, kimkolwiek by był.

 

„W kolaboranckim Paryżu czasów drugiej wojny światowej ktoś taki jak Flaubert raczej by się nie odnalazł”, komentuje z ironią i podziwem te słowa Renata Lis…

Jest też Flaubert męczennik stylu, który opiekuje się starą matką. Jest Flaubert wróg nowoczesności, przeciwnik demokracji, przekonany, że „ludzkość głupieje”, że rządzi nią mieszczuch, mający usta pełne komunałów, które „zwykle «się» mówi i w które zwykle «się» wierzy”. „Czego oczekiwać po ludności takiego Manchesteru, która spędza całe życie na robieniu szpilek?”, pisał też Flaubert i przewidywał: „Nie minie sto lat, a wiele milionów ludzi wymorduje się za jednym zamachem”.

Był katastrofistą, przeczuwał, że jest świadkiem procesu, u którego kresu stanęły naprzeciw siebie – cytuję Autorkę – „Cywilizacja Gułagu i Cywilizacja Konsumpcji, które dzisiaj, po upadku dzielącego je muru, przeglądają się w sobie nawzajem, ze zdziwieniem odkrywając swoje bliźniacze podobieństwo”.

Ale Renatę Lis najbardziej chyba ciekawi Flaubert-„człowiek nekropolia”, stojący wobec losu, przeznaczenia, przez którego dzieła prześwieca ciemny blask śmierci:

 

Obecność zmarłych – pisze Lis – nie stała się może tematem jego literatury w takim samym sensie, w jakim były nim na przykład obyczaje prowincji, owładnięta namiętnością kobieta, wieczna głupota czy religie starożytne z ich krwawą liturgią. Był to raczej temat tematów – czarna podszewka wszystkich jego książek, dzięki której tkanina literatury nabiera u niego ciała i barwy.

 

Ten Flaubert, rozmyślający o zagadce istnienia, nie mógł być raczej wyznawcą doktryny postępu, rewolucji i zdrowego rozsądku. „Istnienie to podły interes” – pisał do przyjaciela tuż po rewolucji 1848 roku, i dodawał z charakterystycznym dla siebie sarkazmem: „Mam poważne wątpliwości, czy republika znajdzie na to jakieś lekarstwo”.

Jak prawdziwa eseistka Renata Lis woli stawiać pytania niż dawać zdecydowane odpowiedzi, nie boi się mówić o swych wątpliwościach, wahaniach, niewiedzy. Jak rasowa reporterka sprawdza miejsca, w których bywał Flaubert. Wyławia dla nas zaskakujące detale i epizody z życia francuskiego pisarza, ciekawi ją ręka Flauberta, ale też jego rzęsy, płaszcz, meble... Z czułością pisze o jego bliskich. Inaczej niż bohater jej opowieści nie ukrywa się przed czytelnikiem – przeciwnie, mówi o swoich emocjach, wątpliwościach, wyznaje swoje gusta, opowiada o przyjaciołach i swoich korzeniach. Więc widzę w tej książce rękę Flauberta, ale też czasem i rękę Renaty Lis.

Widzę też dzięki niej dwie Francje – wspaniałą, pełną odwagi i życia Francję XIX-wieczną, i Francję dzisiejszą, uduszoną spalinami, lękliwą, jakby wydrążoną i pustą. Tę ostatnią pokazuje nam Lis chociażby opisując swój pobyt w Opactwie Mont Saint-Michel. Patrząc na hordy turystów, którym święte miejsc pomyliło się z Disneylandem, stwierdza:

 

[…] Flaubert należy do przeszłości – Francja Flauberta już nie istnieje. Francja dzisiejsza sprawia wrażenie, jakby puls zanikł dawno temu w jej przerafinowanym organizmie i jakby nikt już nie zmagał się tutaj z losem. Życie, czyste i wygodne, dziwnie przezroczyste, przypomina letarg, stan już w zasadzie pośmiertny, tak często opisywany przez Jeana Baudrillarda.

 

Potem czytamy kapitalną, pół żartem, ale ostatecznie całkiem serio wygłaszaną pochwałę kaszy gryczanej i tego wszystkiego, co owa kasza dla autorki reprezentuje, a więc jej polskich przyjaciół, jej wschodnie korzenie, fascynacje i doświadczenia. „Mogę czytać Flauberta i poznawać jego kraj, ale on nigdy nie jadł hreczki”, konkluduje tyleż dowcipnie, co smutno Renata Lis.

Jak więc często bywa – podróż do Innego jest tak naprawdę podróżą w głąb siebie, a opowieść o Obcym pozwala nam też rozumieć odmienność, ale i wartość nas samych i tego, co „Swoje”. Ale Rękę Flauberta zamyka gorzka i zaskakująca konstatacja o podobieństwie Europy „tamtej” i „naszej”: „Proces niszczenia dawnych form życia dokonał się tu [we Francji] w stopniu i tempie, które aż za dobrze znamy z naszego świata, z Europy Wschodniej”. Wschód i Zachód łączyłoby więc podobieństwo destrukcji, jakiej Cywilizacje Konsumpcji i Gułagu dokonały na świecie, w jakim żył Flaubert?

Czytając książkę Renaty List zastanawiałem się oczywiście nad tym, co mogłoby łączyć Gustave’a Flauberta z Józefem Mackiewiczem. Nie znalazłem żadnej wypowiedzi tego ostatniego na temat autoraPani Bovary, ale myślę, że przy wszystkich różnicach, obaj byli męczennikami literatury, dla której poświęcili tak naprawdę swoje życie. Obaj chcieli literatury prawdziwej, bezkompromisowo opisującej rzeczywistość. Obaj cenili realizm, nie bali się pisać o rzeczach, o których w ich czasach nie wolno było głośno mówić, obu też spotkały za to rozmaite represje ze strony współczesnych im panów i pań Homais. I Mackiewicz, i Flaubert cenili pisarzy rosyjskich, obaj lubili Rosję. Byli też specyficznymi konserwatystami, gardzącymi opiniami tłumu i salonów. Obaj żyli z dala od salonów, byli po trosze ludźmi prowincji, samotnikami i indywidualistami… A wreszcie tak Flaubert, jak Mackiewicz są pisarzami dla dorosłych, a nawet – że odwołam się do słów, jakie napisała o autorze Edukacji sentymentalnejRenata Lis – „pisarzami drugiej połowy życia”, najlepiej smakującymi po czterdziestce.

Co łączy zaś Renatę Lis z Mackiewiczem? Chociażby wspomniana już miłość do hreczki, szacunek dla swych wschodnioeuropejskich korzeni, łączący się z reporterską dociekliwością i dążeniem do prawdy. Ale też łączy ich pewna duchowa niezależność, która Renacie Lis pozwoliła napisać książkę ponad i poza wszelkimi modami i podziałami, mówiącą nam o naszej współczesności, a zarazem dotyczącą spraw najważniejszych: piękna, miłości, śmierci, losu…

Marzy mi się zresztą, aby Renata Lis napisała kiedyś biografię Józefa Mackiewicza. Nad jej tytułem jeszcze myślę. Tymczasem gratuluję Ręki Flauberta i wyróżnienia.

 

Maciej Urbanowski