Koszyk

ilość produktów: 0
suma: 0.00 zł
zobacz koszyk


Aktualności - starsze


RENATA LIS O BUNINIE (LIST)

  • 2013.08.14

PRZEKLĘCI BOLSZEWICY

NOTA OD NIEUCZONYCH DO UCZONYCH

 

 

Podróżowałam właśnie po pięknej i pustej Liwonii, kiedy doszły mnie słuchy – w miasteczku C?sis (Kieś) nad dziką rzeką Gaują, gdzie przyjechałam wysuszyć przemoczony ekwipunek i umyć zęby w ciepłej wodzie – że jakieś Szanowne Panie zbiorowo borykają się po gazetach z moim Buninem. Tyle uwagi poświęconej mojej skromnej osobie! W taki upał! A jednak ojczyzna o mnie pamięta. Byłam wzruszona. Niestety! Choć szczerze staram się objąć sercem cały ten ogrom zapiekłego cierpienia, któremu Szanowne Owe raczą dawać upust, ich denuncjacji czytać nie zamierzam, tym bardziej nie będę z nimi dyskutować. Dlaczego?

Bo ja te panie dobrze znam. Nie dalej jak w marcu, uformowane w pięcioosobowe komando rusycystyczne, usiłowały rozbić kameralne spotkanie młodych polonistów z Uniwersytetu Warszawskiego, których byłam gościem. Kuriozalną tą bojówką dowodziła zaciągająca z rosyjska starsza furia o manierach generała Krasnej Armii, która nie zechciała się przedstawić, mimo że została o to grzecznie poproszona (nie zechciała zapewne nie bez powodu – z filmów o egzorcystach wiadomo, że demony nigdy nie wyjawiają swoich imion bez walki). Na użytek tej narracji ochrzczę więc generałę z łacińska – Larvata Prodeo – mimo że mam pewne przypuszczenia co do jej tożsamości, raczej trafne.

Tak więc Larvata Prodeo i jej towarzyszki, wyraźnie zaznajomione z teorią Blitzkriegu, ni z tego, ni z owego jęły publicznie grzebać się w słówkach – sprawnie, przyznaję, acz bez polotu – łaknąc jak kania dżdżu mej klęski. Wyższe formy organizacji tekstu literackiego – styl, obrazowanie, walory dźwiękowe, melodyka, rytm, asocjacje – leżały poza zasięgiem ich pojmowania. Moich odpowiedzi – co w końcu zrozumiałe w warunkach wojny – panie ciekawe nie były, za nic miały także porządek spotkania i jego młodych gospodarzy, dając im gratis poglądową lekcję obyczajów akademickich. Pięciogłowe ciało pimkoidalne całym sobą wyrażało przekonanie, że nie mam prawa mieć żadnego zdania, a zwłaszcza odrębnego, never ever. Hydra żądała, abym uznała jej zwierzchność, złożyła samokrytykę (skoro nie da się mnie wysłać na Kołymę ani powiesić) i poszła sprzedawać marchewkę. Ponieważ zamierzony efekt nie został osiągnięty, Szanowne Panie od tamtej pory nie ustają w wysiłkach, chwytając się bardzo brzydko. Jakże straszna jest twa moc, frustracjo!

Nie dotyka się przewodów wysokiego napięcia, z frustratami się nie dyskutuje. Zresztą jak i po co dyskutować z kimś, kto twierdzi – jak Larvata Prodeo – że nie rozumiem słowa diadia, a przecież występuje ono w tytule sztuki Czechowa (eureka…). Nie, czymś takim można co najwyżej sycić miłość własną. Wszak dochować się czeredki zajadłych wrogów jest marzeniem każdego pisarza. Niektórzy pracują na to latami!

Zamiast polemiki zatem – okolicznościowa wiązanka merytorycznych uwag o poprzednim tłumaczeniu Buninowskiego dziennika Okajannyje dni, któremu translatorka Janina Kornel nadała nieszczęsny tytuł Przeklęte dni. Numery stron, które będę podawała dalej, odnoszą się do wydania z roku 2000, pierwszego poza drugim obiegiem, firmowanego przez szacowną oficynę „Czytelnik”. Do celów kolacjonowania posługuję się oryginałem z tomu szóstego 13-tomowych dzieł zebranych Bunina (ostatecznie uzupełnionych o trzy tomy dodatkowe), wydanych w Moskwie w roku 2006. Opisane przez mnie błędy nie wyczerpują tematu, zapewne jest ich więcej – na systematyczne nicowanie cudzej pracy szkoda mi było życia, przekartkowałam tylko tekst na stojąco w Bibliotece Narodowej, cała operacja zajęła mi nie więcej niż godzinę. Niechaj to będzie dopowiedź do mojego wstępu z Późnej godziny.

 

Tytuł. Od niego wszystko się zaczyna, jest jak pierwsza nuta. Po rosyjsku – Okajannyje dni. Przełożony na polski jako Przeklęte dni nie tylko spłaszcza myśl Bunina, ale też ustawia cały tekst w niewłaściwej tonacji stylistycznej. Słowniki rosyjsko-rosyjskie – Uszakowa, Ożogowa – określają przymiotnik okajannyj jako „przestarzały, książkowy”. Występuje on w przekładzie Biblii na język staro-cerkiewno-słowiański, jednak w rosyjskich przekładach Księgi już go nie znajdziemy. Bunin takie słowa bardzo lubił, a nawet je kolekcjonował. W swoim dzienniku świadomie gra semantyczną odmiennością przymiotnika okajannyj, umieszczając od razu w pierwszym zdaniu, wyraźnie dla kontrastu, zwykły epitet prokliatyj. Z pewnością nie jest to przypadkowe – dziennik moskiewsko-odeski ukazał się za życia autora, był przezeń redagowany.

Słowniki definiują wyraz okajannyj w pierwszym rzędzie jako „grzeszny”, dopiero w następnej kolejności jako „przeklęty” i „odrzucony” (przez wspólnotę, wskutek grzechu). Wśród dwudziestu pięciu synonimów zebranych w słowniku Uszakowa przytłaczającą większość stanowią słowa związane z szatanem i inną siłą nieczystą. Oprócz tego należy sobie uświadomić, że Bunin rozumiał rewolucję bolszewicką na sposób religijny, jako przejściowy triumf szatana nad Chrystusem, zawiniony przez ludzi, którzy dobrowolnie zwrócili się w stronę Złego – mówi o tym wprost w napisanej krótko po przyjeździe do Francji przemowie pt. Misja emigracji rosyjskiej. W tej chrześcijańskiej wykładni grzech w oczywisty sposób pociąga za sobą perspektywę skruchy, pokuty i odkupienia – nie przypadkiem przymiotnik okajannyj jest spokrewniony z czasownikiem kajat'sja (żałować za grzechy, wyrażać skruchę). W tym starym, pięknym i głębokim słowie słychać całą teologię upadku i odkupienia!

Tymczasem słowo „przeklęty” we współczesnym języku polskim utraciło sens religijny i niebezpiecznie zbliżyło się do płaskiego epitetu „cholerny”. Można powiedzieć na przykład: „przeklęty dureń”, „przeklęty ZUS”, „przeklęty odkurzacz” i nikomu nie przyjdzie do głowy, że chodzi tu o plan Boży. Zresztą nawet gdyby przyjąć na przekór czasom, że jakiś sens religijny w słowie tym przetrwał, to i tak byłby on zredukowany do potępienia – człowiek przeklęty jest potępiony na wieki, znajduje się w sytuacji statycznej, zamkniętej, nie może uczestniczyć w dynamice zbawienia. Co innego okajannyj – to ktoś, nad kim chrześcijanin powinien płakać, mając nadzieję, że grzesznik ów opamięta się i pokaja; jego historia nie jest skończona. Dlatego ja wybrałam przymiotnik „nieszczęsny” (wariant dopuszczany także przez rosyjskie słowniki synonimów), który w polskich przekładach Biblii pojawia się dokładnie w tych miejscach, gdzie w Rosji dawno temu używano słowa okajannyj. Nie brzmi może tak staro i dostojnie, ale przynajmniej nie zamyka przed nikim – przed Rosją! – drogi zbawienia.

Tytuł Przeklęte dni nie tylko prowadzi na manowce, ale też nadaje całej książce fałszywy ton, mimochodem imputując Buninowi prymitywny, histeryczny antykomunizm. Kiedy słyszę frazę „przeklęte dni”, od razu widzę zażywną, krewką mieszczkę w karakułach, która lęka się o zaszyte w materacu „świnki” i klnie pod nosem „Przeklęci bolszewicy!” za każdym razem, kiedy potknie się na chodniku. Zwłaszcza że już za chwilę translatorka Janina Kornel wkłada w usta Bunina chłopskie „Nie dziwota” (s. 7) zamiast neutralnego „Nic dziwnego” (ros.: Nie udiwitielno), by w końcu kazać mu nawet „rzucić się z pazurami” (!) (s. 124, ros.: kusat'sja możno kinut'sja), co ewokuje tyleż natrętny, co niewyszukany obraz długich czerwonych paznokci z białymi odpryskami. Przy okazji inna śmiesznostka podobnego rodzaju. Oto w tramwaju stoi wojskowy „olbrzym”, monumentalny brodacz, którego Bunin porównuje do ostatniego Mohikanina – a Janina Kornel informuje nas, że ma on na sobie płaszcz „ściągnięty w talii” (s. 22). Zupełnie jakby był baletnicą! W oryginale o talii nie ma oczywiście mowy (pierietianutyj choroszym riemniem).

 

Jeszcze o stylu. Translatorka nie tyle sobie z nim nie radzi, ile w ogóle go nie dostrzega. Jakby zupełnie nie miała ucha do takich rzeczy, jakby nie rozróżniała wartości stylistycznej tych przebogatych środków, jakie polszczyzna ofiarowuje zadomowionemu w niej użytkownikowi. Przykład, przy którym dostaję wysypki: „Leninowie i Majakowscy” (s. 67), „Tołstojów” (s. 72), „Błoków” (s. 100). Podobnych miejsc jest w książce mnóstwo, a Janina Kornel omija tę szkaradną figurę tylko wtedy, kiedy ma problem z odmianą nazwiska w liczbie mnogiej. Wyraźnie nie czuje, że ta depersonalizująca figura ma na gruncie polskim jak najgorsze konotacje – nadużywana w prasie komunistycznej przy wszelkiego rodzaju nagonkach, jednoznacznie kojarzy się z sowietyzmem. Wkładanie jej w usta Buninowi w polskim przekładzie publikowanym pod koniec XX wieku jest perwersyjnym nadużyciem – oto Bunin zaczyna mówić językiem pierwszych sekretarzy i partyjnych gadzinówek! Do tego dochodzą notoryczne redukcje konkretnych, soczystych obrazów (nie na darmo autorem tego dziennika jest znakomity prozaik) do abstrakcyjnych ogólników. Przykład: tam, gdzie Bunin pisze o rozstawianiu serwisu do herbaty (rosyjski obyczaj picia herbaty – czajepitie), translatorka Janina Kornel używa bezbarwnego wyrażenia „nakrywać do stołu” (s. 12; ros.: stawit' na stoł czajnyj pribor). Tam, gdzie u Bunina „szatan Kainowej złości” zionie na Rosję swoim oddechem (mocny, wyrazisty obraz!), u Janiny Kornel pojawia się niezręczny łamaniec: „Wszak szatan kainowego gniewu sprawił, że powiało nad Rosją…” (s. 39). Tam, gdzie Bunin rymuje „kołyski i groby”, Janina Kornel zamienia kołyski (kołybieli) na „siedziby” (s. 60). Tam, gdzie Bunin opisuje oberwańców handlujących na ulicy z zawieszonych na szyi blatów podobnych do stolnicy (ros.: s łotkow), Janina Kornel ułatwia sobie zadanie i blaty omija, wycinając tak charakterystyczny dla ówczesnej Rosji obraz (s. 64). Podobnie poczyna sobie z „jeżowymi rękawicami” (jeżowyje rukawicy – barwny, realistyczny szczegół) – i zamiast nich daje „rękawice bokserskie” (!) (s. 44). Zaiste, wiele w tym przekładzie przepadło!

 

Przeinaczenia. Przykład: Bunin z premedytacją pisze o Leninie per Rudy (Ryżyj), ale Janina Kornel wie lepiej i woli napisać „Jakiś rudy” (s. 8), tak jakby Bunin nie rozumiał, co widzi! Oryginał nie daje do takich akrobacji żadnych podstaw. Inny przykład: Bunin wraca od brata i na Powarskiej trafia pod obstrzał. Strzały dochodzą otkuda-to swierchu Powarskoj (gdzieś z góry ulicy, na której Bunin mieszka), lecz Janina Kornel pisze: „gdzieś z góry, od Powarskiej” (s. 24), tym samym wysyłając Bunina w kosmos. Jeszcze jeden przykład: Bunin opisuje bestialstwa bolszewików, w tym śluby z kobyłami, do których zmuszali duchownych. Po rosyjsku wszystko jest jasne: wienczajut s kobyłami swiaszczennikow (żenią duchownych z kobyłami), ale nie u Janiny Kornel. Tutaj czytamy: „dają duchownym śluby z kobyłami” (s. 71). Czyżby duchowni o nie prosili? I w końcu istna perełka, cytat z Hercena: my jego pochmielje (jesteśmy jej kacem – chodzi o ludzkość, po rosyjsku w rodzaju męskim: cziełowiecziestwo), co Janina Kornel rozwija we frazę „jesteśmy klinem na jej kociokwik” (s. 54), dając wyraz swemu rozeznaniu w sprawach wódczanych, ale niestety przy okazji przekręcając myśl Hercena o 180 stopni. Zresztą dalej, na stronie 129, przekręci także myśl Bunina (przypisując mu własne uprzedzenia?), kiedy o dziewczynach z marginesu napisze: „Zakochuje się [taka] w pierwszym lepszym, ulega zboczonym skłonnościom seksualnym”, podczas gdy u Bunina czytamy: Wliubliajetsja w pierwogo popawszegosja, priwierżena durnym połowym nakłonnostiam, co znaczy tylko tyle: Zakochuje się w pierwszym lepszym, ulegając złym [tu w sensie: bezrozumnym, niemoralnym] skłonnościom seksualnym [płciowym]. Oryginał milczy o „zboczeniach”, jednak Janina Kornel czuje się w obowiązku o nich napisać, nawet za cenę gwałtu na składni Buninowskiej frazy (imiesłów przymiotnikowy priwierżena odnosi się przecież do zdania głównego, w którym jest mowa o zakochiwaniu się dziewczyny w pierwszym lepszym, a więc w mężczyźnie, to jednak nie pasuje translatorce do przedustanowionej koncepcji, musi więc zamienić imiesłów na czasownik i stworzyć w ten sposób oddzielne zdanie współrzędne, mówiące o urojonych „zboczeniach”).

 

 Potworki polonistyczne. Jest ich bez liku. Oto pierwsze z brzegu: „dobierając słów” (s. 9; powinno być: dobierając słowa); „najelementarniejszy” i „najbezwstydniejszy” (s. 10; powinno być: najbardziej elementarny i najbardziej bezwstydny); „murem stał przy nim” (s. 13; powinno być: za nim); „mocno im daje w kark” (s. 37; powinno być: w kość). Nagrodę specjalną w tej kategorii przyznałabym jednak bezdyskusyjnie pięknej acz monotonnej kolekcji podręcznikowych rusycyzmów, umieszczonych w opisie gazetowej rubryki pocztowej, gdzie zamiast: „Do obywatela Hubermana”, „Do towarzysza A.”, „Do obywatelki Glikman”, czytamy: „Obywatelowi Hubermanowi”, „Towarzyszowi A.”, „Obywatelce Glikman” (s. 80).

 

Czytając przekład Janiny Kornel, na początku wyobraziłam sobie, że tłumaczka musi być z pochodzenia Rosjanką. Ostatecznie w PRL-u tłumaczenia z rosyjskiego często powierzano rosyjskim żonom partyjnych notabli. Mówię o swoim wyobrażeniu, bo nic o pani Kornel nie wiem, a taką fantazję wywołały we mnie widoczne w Przeklętych dniach słabe zadomowienie w polszczyźnie i stylistyczna sztywność (gubienie niuansów, ubóstwo środków wyrazu). Weźmy takie zdanie Bunina: Podumajesz, kak eto budiet straszno bolszewikam! Janina Kornel: „Też mi groźba dla bolszewików!” (s. 17). Niby się zgadza, ale tylko z grubsza. To zdanie – zwłaszcza w kontekście świętej naiwności socjalistki Kuskowej, o której jest mowa w tym miejscu dziennika – prosi się o formułę bardziej podkręconą, jędrną, ironicznie-zjadliwą (Bunin był mistrzem kąśliwej ironii), tymczasem znowu słyszymy gniewne pohukiwania tej samej krewkiej paniusi w karakułach. (Dla porównania u mnie: „No nie wiem, jak bolszewicy by się podnieśli po takim ciosie!”).

Jednak domysł o rosyjskim pochodzeniu tłumaczki upadł, kiedy odkryłam w Przeklętych dniach zdumiewające błędy leksykalne (jak ryba w wodzie czuje się Janina Kornel jedynie wśród militariów i w żywiole partyjnego żargonu). Niemożliwe, żeby popełniła je Rosjanka! Przykłady: nachalnyj (impertynencki, bezczelny) konsekwentnie tłumaczony jako „nachalny”, co prowadzi do takich niezamierzonych i bezsensownych oksymoronów, jak „spokojnie nachalny” (s. 48); żulniczieskij (chuligański) konsekwentnie tłumaczony jako „krętacki” (s. 27; w odniesieniu do przemowy Lenina, co łagodzi jej Buninowską ocenę – czy na pewno niezamierzenie?); pirożki (popularne rosyjskie paszteciki) tłumaczone jako „ciasteczka” (s. 29); graczi (gawrony) tłumaczone jako „szpaki” (s. 36). I w końcu coś, czego nie potrafię pojąć w żaden sposób, zwłaszcza że przekład miał kilka wydań i przeszedł kilka redakcji: oto banalny przysłówek worowski (ukradkiem, jak złodziej) Janina Kornel zamienia w… nazwisko!, nie oglądając się ani na to, że brak tu standardowej w tego typu nazwiskach końcówki –ij, ani na to, że przecież w całym akapicie mowa jest o L. Halbersztacie, a nie o jakimś „Worowskim”, i że to nie „Worowski szeptał” (s. 42), a właśnie Halbersztat „szeptał w tajemnicy”. Nie jest to zresztą jedyny przypadek tego rodzaju. Nieco dalej pojawia się rzeczownik michriutka (w żargonie złodziejskim: plugawiec, menda), który Janina Kornel znowu zamienia w imię własne i pisze: „Michriutka, który roztrzaskał pałą weneckie lustro…” (s. 73).

 

Do translatorki Janiny Kornel można mieć pretensję również o to, że nie starała się zlokalizować tak ważnych w owym czasie dla Bunina cytatów biblijnych, zamiast tłumaczyć je na własną rękę. Nawet jeśli sama wyrosła w innej tradycji, to przecież znajomość Biblii jest obowiązkiem każdego humanisty. Jednak w jednym przypadku posunęła się zdecydowanie za daleko – nie tylko nie odszukała cytatu (co prawda nie było to łatwe, bo cytat pochodzi z Czwartej Księgi Ezdrasza, w prawosławiu kanonicznej, a w katolicyzmie nie, w dodatku w obu wyznaniach inaczej numerowanej), ale też kompletnie zmieniła jego znaczenie. Po rosyjsku czytamy: Utiesz'sja radi skorbi wsiego Jerusalima!, co należało przełożyć mniej więcej tak: „Porzuć swój żal, kiedy we łzach tonie całe Jeruzalem!” (tak u mnie). Tymczasem pani Kornel bez związku z czymkolwiek wymyśla własną wersję Księgi Ezdrasza: „Pocieszycie się po klęskach, które sprowadziłem na Jerozolimę!” (s. 44).

 

Pocieszycie się?

 

Warszawa, 10 sierpnia 2013

 

Renata Lis